Ja sam! – o samodzielności dziecka

Samodzielność dziecka. Z reguły bardzo pożądana cecha. Chcemy, żeby nasze dziecko było samodzielne. Żeby radziło sobie z podstawowymi czynnościami, jak np. jedzenie, ubieranie, mycie zębów. Żeby nie trzeba było mu we wszystkim pomagać i żeby nie potrzebowało nas non stop.

Naprawdę bardzo tego chcemy, bo taka samodzielność dziecka to właściwie ulga dla rodzica. To znaczy może być, chyba, docelowo. Kiedy dziecko w pełni opanuje już pewne umiejętności. Czyli tak naprawdę… nigdy, bo po jednej umiejętności pojawi się kolejna, a w międzyczasie dziecko zderzy się z wieloma porażkami, błędami, których konsekwencje niemal zawsze haczą o rodzica. A czasem nie haczą, tylko przygniatają z całym swoim ciężarem.

Bo to rodzic będzie sprzątał potencjalny bałagan, w domu i w głowie. Rodzic opatrzy zbite kolano i potłuczoną ambicję. Spierze plamę z bluzki i zetrze łzę z policzka. Pogłaszcze, pocieszy i przytuli, a w międzyczasie będzie sobie wyrzucał, że to wszystko wydarzyło się za jego przyzwoleniem.

Dlatego tak trudno jest pozwolić dziecku na samodzielność. Rozwojowe potrzeby dziecko biją się z naszą rodzicielską troską. Wszak wszelkie szkody ciała, ducha i otoczenia są, poniekąd, naszą odpowiedzialnością. A przyzwolenie na samodzielność dziecka to takie przyzwolenie na to, że takie szkody mogą nastąpić.

I będzie ich niemało. Pamiętajmy, że nasze dziecko uczy się świata, siebie i życia od zera. Każda nauka wiąże się bowiem z nieporadnością, błędami i zwątpieniem. Nasza trudna rola polega na tym, aby pomóc dziecku przejść przez wszystkie te nieprzyjemne aspekty samodzielności. A najtrudniejsze w tej roli jest chyba to, żeby, mimo niepowodzeń dziecka, powstrzymać się od wyręczania go.

Wyręczanie, co do zasady, bezpośrednio niszczy samodzielność dziecka. Ogólnie zdajemy sobie z tego sprawę. Są jednak jeszcze skutki pośrednie, bardziej długofalowe. Wyręczając dziecko zgniatamy bowiem nie tylko jego samodzielność, ale też wiarę w własne możliwości, samoocenę, ambicję, chęć rozwoju.

Dziecko z natury ma bardzo duża motywację wewnętrzną do podejmowania nowych wyzwań. Samo z siebie chętnie próbuje nowych rzeczy, nawet jeśli zupełnie nie potrafi się za nie zabrać. Upada i się podnosi, aby podjąć kolejną próbę i kolejną, i jeszcze następną. Często jednak mocno przeżywa wielokrotne niepowodzenia i frustracje na drodze nauki. A to właśnie jest jednym z powodów, dla których my, rodzice, odruchowo mamy ochotę zaproponować mu pomoc.

Nie lubimy, kiedy nasze dziecko się smuci, złości, płacze i, ogólnie, przeżywa dyskomfort. Nie zapominajmy jednak, że każda z emocji jest ważna i potrzebna. Pisałam o tym już TUTAJ. Złość i smutek uczą dziecko, że nie wszystko można zdobyć od tak, oraz że nie we wszystkim od razu będzie dobre.

Oczywiście możemy, a nawet powinniśmy próbować pomóc dziecku przeżyć te porażki. Okazać bliskość lub po prostu być w pobliżu w razie, gdyby potrzebowało naszego wsparcia. Nie mówmy jednak:

Następnym razem się uda.

Zaraz się nauczysz.

Tak naprawdę nie wiemy, czy to prawda, więc w efekcie kierujemy do dziecka puste i oklepane słowa pocieszenia, które tak naprawdę nie działają. Jeśli chcemy wesprzeć dziecko słownie lepiej powiedzieć:

Widzę, jak bardzo się starasz.

Imponuje mi Twoja wytrwałość.

Każda próba jest ważna i czegoś Cię uczy.

Innym powodem, dla którego przerażają nas samodzielne próby dziecka jest obawa o jego bezpieczeństwo. Tylko że, umówmy się, nie jesteśmy w stanie uchronić dziecka przed każdym upadkiem. Oczywiście bądźmy w pobliżu i reagujmy, gdy zdrowie lub życie dziecka jest bezpośrednio zagrożone, ale nie popadajmy w paranoję. Dzieci się przewracają, spadają i upadają. Zdzierają kolana, obijają łokcie i nabijają sobie siniaki, ale jest to niejako wpisane w bycie dzieckiem.

Podobnie jak bałagan, który także często towarzyszy nabywaniu nowych umiejętności przez dziecko. Trochę u mnie trwało zanim pogodziłam się z tym, że nasze mieszkanie to trochę jeden wielki plac zabaw. Zabawki pojawiają się tu i tam, w najniższych szafkach mogę trzymać tylko nietłuczące i bezpieczne rzeczy, więc pozostałe są ciasno upakowane w wyższych. I zawsze, ale to zawsze coś musi leżeć na podłodze. Wszystko to jednak nie jest dla wielką ceną za umożliwienie swobodnego rozwoju swojemu dziecku.

Tym bardziej, że samodzielność ma też swoje zalety. Mój Synek bardzo łatwo się sobą zajmuje, często nie potrzebuje żadnego z nas do zabawy i potrafi sobie ją sam zorganizować. Jest otwarty na opanowywanie nowych czynności i podejmowanie nowych wyzwań. A ja widzę jego postępy: w jedzeniu, myciu zębów, jeździe na rowerze i wspinaniu na drabinkę na placu zabaw.

Samodzielność dziecka to w końcu nie tylko ból, trud i zgrzytanie zębów. To dla niego świetne ćwiczenie wytrwałości i niebywała szansa na poznanie siebie, swoich słabych i mocnych stron, predyspozycji i możliwości. To wielka radość, kiedy może w swojej nauce przejść do kolejnego małego kroku. To duma rodzica z każdego nowego, nawet najmniejszego osiągnięcia malucha. Wreszcie, samodzielność dziecka, to jego ogromna satysfakcja, że dało radę i nauczyło się czegoś nowego zupełnie samo. A na dłuższą metę, to też jego wiara, że potrafi i może. Wiara naszego dziecka, także dorosłego, że jest zdolne osiągnąć to, czego zapragnie.

A jak u Was wygląda rozwój samodzielności? Jest trudno, czy może bardziej różowo, niż się spodziewaliście? Opowiedzcie mi o tym w komentarzu!

Dziękuję za Twoje odwiedziny na mojej stronie! Chcesz być na bieżąco? Polub mój profil na Facebooku lub Instagramie i nie przegap żadnego wpisu!

5 Comments

Add Yours
  1. 1
    Olga Kłos

    Często spotykam się ze zwrotem „Ja sam!” u mojego bratanka. Jako dorośli chcemy go wyręczać, tymczasem warto mieć na uwadze, że dziecko potrafi samo. Tak wykształca się właśnie samodzielność.

  2. 3
    Klaudia

    Witam 🙂 Mam podobne zdanie co Ty w tym temacie. Myślę, że dzieci potrafią o wiele więcej niż nam się wydaje, trzeba tylko im na tą samodzielność pozwolić. Czytałam kiedyś książkę o wychowywaniu dzieci we Francji i tam było opisane, jak 3-letnie maluchy pomagają mamom w pieczeniu ciasta. Był nawet podany przepis na to ciasto – było na tyle proste, że dzieciaczki mogły same odmierzać i mieszać składniki i robiły to dobrze! Może to jest też kwestia zaufania dziecku i jego umiejętnościom?

    PS. Bardzo podoba mi się Twój styl pisania, jest lekki i swobodny, a treści są merytoryczne. Poruszasz aktualne i ciekawe dla rodziców tematy. Wygląd bloga też jest schludny i estetyczny. Moja jedyna uwaga dotyczy tego, że niektóre hasła są po angielsku, może lepiej przetłumaczyć na polski tak dla ujednolicenia. Pozdrawiam 🙂

    • 4
      Martyna Filipiak

      Dziękuję bardzo za komentarz i za opinię! Co do samodzielności to mój niespełna dwulatek też pomaga mi w pieczeniu i gotowaniu, oczywiście na miarę swoich możliwości :). Dzieci, jeśli pozwolimy im na samodzielność, zaskoczą nas swoimi możliwościami. PS. Czy książka, o której mówisz to ,,W Paryżu dzieci nie grymaszą”? Zabieram się za nią od jakiegoś czasu 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *