Przywiązanie dziecięce: teoria i praktyka

O tym, że więź matki z dzieckiem jest bardzo ważna wie chyba każdy. Nowonarodzone dziecko potrzebuje obecności mamy lub innego stałego opiekuna, aby przetrwać, i to nie tylko dlatego, że ta osoba zadba o zabezpieczenie jego podstawowych potrzeb biologicznych i pielęgnacyjnych. Obecność opiekuna, a właściwie relacja nawiązywana z opiekunem pełni znacznie szersze funkcje, niż tylko przetrwanie. Od jej rodzaju i jakości w dużej mierze zależy rozwój dziecka, zarówno poznawczy, jak i społeczny. Dziecko musi w swoim początkowym okresie życia nawiązać silną i trwałą społeczno – emocjonalną relację zwaną przywiązaniem.

Sygnały dziecka

Według teoretyka ludzkiego przywiązania, Johna Bowlby’ego niemowlęta wykształcają przywiązanie wobec jednostek, które konsekwentnie i właściwie odpowiadają na ich sygnały. Takich sygnałów niemowlę posiada mnóstwo, a pierwszym i najbardziej zauważalnym z nich jest płacz. Dziecko płacze, kiedy jest głodne, kiedy ma brudną pieluchę, kiedy się boi, kiedy coś je boli, czyli zawsze wtedy, kiedy odczuwa jakiś dyskomfort. Wraz z dynamicznym rozwojem w pierwszych miesiącach życia dziecko nabywa także inne umiejętności kontaktu: wokalizacje, uśmiech i ogólnie mimika, aż do rozwoju mowy.

Dając którykolwiek z wyżej wymienionych sygnałów, noworodek, a potem niemowlę ma nadzieję, że opiekun na nie odpowie, oczywiście w sposób trafny. Tylko że, nie oszukujmy się, z takim maluchem nie zawsze wszystko jest jasne i oczywiste, a wzajemne zrozumienie i dostrojenie z opiekunem następuje z czasem. Chodzi zatem o swojego rodzaju czułość i czujność na potrzeby dziecka i staranne dążenie do ich zaspokojenia. Właśnie od sposobu i wzorca odpowiedzi opiekuna na sygnały dziecka zależy jakość jego przywiązania.

Rodzaje przywiązania

Wyróżnia się trzy rodzaje przywiązania:

Przywiązanie ufne/bezpieczne – wykształca się, gdy opiekun, najczęściej mama, jest wrażliwa na potrzeby dziecka i trafnie na nie reaguje. Maluch może jej zaufać, czuje się w jej obecności bezpiecznie i dąży do tego żeby z nią przebywać. Mama stanowi wtedy dla dziecka bezpieczną bazę do eksploracji – w jej obecności można swobodnie poznawać świat i schować się w jej ramionach, gdy coś okaże się w nim zbyt straszne. Jednocześnie nawet gdy mama np. wyjdzie z pokoju, dziecko nie okazuje dużego niepokoju, bo najprościej mówiąc, wie, że wróci, czy też pojawi się, gdy będzie jej potrzebowało.

Przywiązanie lękowe/pozabezpieczne unikowe – w takiej relacji dziecko jest odrzucone przez matkę. Nie próbuje nawiązać z nią kontaktu, bo takie próby były wcześniej w jakiś sposób karane. W konsekwencji dziecko unika matki i ignoruje ją, a w późniejszych latach może zaprzeczać potrzebie kontaktu z nią w ogóle. Takie przywiązania wykształca się np. u dzieci wychowywanych w rodzinach, w których opuszczenie i przemoc jest na porządku dziennym.

Przywiązanie lękowe/pozabezpieczne ambwiwalentne –cechuje dzieci, które właściwie nie wiedzą, czego spodziewać się w relacji z opiekunem. Zdarza się, że jest on czuły i reaguje na ich potrzeby, ale zdarza się też, że na nie nie odpowiada lub odpowiada np. złością i rozdrażnieniem. Takie dzieci bardzo się denerwują, gdy opiekun znika im z pola widzenia, a jednocześnie w jego obecności przejawiają sprzeczne reakcje, od dążenia do kontaktu po stanowcze odpychanie. Ich stosunek do rodzica jest zatem tak chwiejny, jak reakcje rodzica wobec niego.

Tyle z teorii. W praktyce jednak, jak sama wiem, to wszystko nie jest takie łatwe. Uważam, że bardzo dobrze znam swoje dziecko i najczęściej w mig potrafię rozszyfrować, czego potrzebuje lub chce. Bywają jednak też takie chwile, kiedy mam wrażenie, że ktoś mi to dziecko podmienił, nijak potrafię się z nim dogadać i jedyne o czym marzę to zawołać do niego jego Tatę i uciekać jak najdalej kiedy tylko przyjdzie ;).

Niezwykła więź – praktyka

Ogólnie jednak radzimy sobie całkiem nieźle z wzajemnym dostrojeniem. Istnieją jednak sytuacje, na które nie mamy wpływu. Zdarza się, że nie możemy być przy dziecku, żeby reagować na jego potrzeby zawsze wtedy, kiedy byśmy tego chcieli. Właśnie taka sytuacja przydarzyła się także nam i okazała się być jedną z trudniejszym dla mnie jako matki.

Kiedy Ignacy miał 8 miesięcy dowiedziałam się, że potrzebuje drobnego zabiegu chirurgicznego, wykonywanego pod narkozą. W związku z tym w szpitalu mogłam jedynie odprowadzić go do drzwi windy, a potem już tylko czekać aż pielęgniarki przyprowadzą go z powrotem. W głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli, o tym, czy zabieg się uda i czy wszystko będzie w porządku. Niby wiedziałam, że to prosta sprawa, ale w końcu to narkoza, a on był taki maleńki. Kiedy go zabrali, bardzo długo płakałam. Synek miał drobny zabieg, a ja wyłam jakby to był co najmniej przeszczep serca.

Dręczyły mnie jednak nie tylko myśli dotyczące stricte stanu zdrowia Synka. Był taki mały, że nawet nie miałam szansy wytłumaczyć mu, co się będzie z nim działo, aby wiedział, czego się spodziewać. Nie mogłam wyrzucić z głowy jednego: moje dziecko jest samo w zupełnie obcym miejscu i mnie przy nim nie ma. Obcy ludzie będą robić mu różne rzeczy, także bolesne, a ja nie będę mogła go wtedy przytulić i uspokoić. Moje dziecko tak bardzo mnie potrzebuje, a nie może na mnie liczyć.

Ignacy wrócił z zabiegu szybciej niż planowano, bo kiedy obudził się w obcym miejscu i wśród obcych ludzi, zrobił taki raban, że pielęgniarki nie wytrzymały i przywiozły go szybciej. W międzyczasie zdążył do nas dojechać jego Tata i całe szczęście, bo dzięki niemu udało nam się go uspokoić. Ja przyznaję się bez bicia, że nerwowo tego po prostu nie wytrzymałam. Ignacy wrócił tak przerażony, że widziałam go takim tylko wtedy. Nie pomagały żadne próby przytulenia i ukojenia jego płaczu. Na szczęście wkroczył wtedy Tata i okiełznał go systematycznym i metodycznym spokojem. Mi uspokoić go było trudno, bo cały dzień nerwów, jazd do szpitala, oczekiwanie na zabieg kompletnie mnie rozstroiły. W efekcie mój Synek trząsł się ze strachu i przeraźliwie płakał, a ja razem z nim.

Po tym wydarzeniu zauważyłam u niego zdecydowanie większy niepokój, kiedy np. wychodziłam do drugiego pokoju. Przez kilka pierwszych nocy zdarzało mu się też budzić tylko po to, żeby sprawdzić, czy jestem obok. Wszystko unormowało się po około dwóch tygodniach. Trochę dłużej utrzymał się większy lęk przed obcymi, szczególnie przed osobami w białych fartuchach, nawet w aptece. W tym czasie Synek przejawiał dużo większą potrzebę bliskości, co wcale mi nie przeszkadzało, a wręcz pomagało uspokoić skołatane szpitalnym pobytem nerwy.

Trudne sytuacje a przywiązanie

Trochę też okazałam się wtedy ofiarą własnej wiedzy, bo gdzieś tam z tyłu głowy miałam cały czas myśl o tym, jak wpłynie to na jego przywiązanie i naszą relację. Mam nawet wrażenie, że przeżywałam tą sytuację dłużej niż Synek. W końcu jednak emocje opadły, a wraz z nimi zelżały moje wyrzuty sumienia. Uznałam, że zrobiłam wszystko, co mogłam i potrafiłam w tamtej chwili. Byłam przy nim przed i po operacji, a także dołożyłam wszelkich starań, żeby pomóc mu się potem wewnętrznie uspokoić. Trudno określić, czy i jaki mogło to mieć na niego długotrwały wpływ, ale ja w tamtej sytuacji nie mogłam już nic więcej zrobić. Takich sytuacji jest naprawdę wiele, bywają bardzo różne i mogą wywoływać huśtawkę emocji, zarówno u dziecka, jak i rodzica. Należy jednak pamiętać, że pewnych rzeczy naprawdę nie przeskoczymy! Dlatego róbmy, co możemy na co dzień, aby gdzieś tam w głębi dziecko pamiętało, że może na nas liczyć.

Czy Wam również przydarzyły się takie sytuacje? Jak sobie z nimi poradziliście? Jaki miały na Was wpływ?

Dziękuję za Twoje odwiedziny na mojej stronie! Chcesz być na bieżąco? Polub mój profil na Facebooku lub Instagramie i nie przegap żadnego wpisu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *