Mamo, mów do mnie poprawnie!

nauka mowy, wady wymowy

Jakiś czas temu byłam z Ignacym na spacerze. Doszliśmy właśnie do rynku w naszym mieście, który z powodu obecności gołębi jest obowiązkowym punktem naszych pieszych wycieczek. Nagle, przecinając nam drogę, z prędkością światła śmignął przed nami mały chłopiec, na oko dwu, może dwuipółletni. Za nim przyspieszonym krokiem podążała kobieta, zapewne jego mama i z daleka krzyczała do niego:

Bo zialaź źlobiś bam!

Musiałam dosłownie zatrzymać się na chwilę, kiedy mój mózg podjął mozolne przetwarzanie w celu ustalenia, do którego z języków obcych przypisać właśnie usłyszaną wypowiedź. Wynik tego procesu był bezwzględny: to nasz język polski. Nienaturalnie zdrobniony i paskudnie pokaleczony, ale polski.

Inna sytuacja. Niedawno, w dzień świąteczny, z nóg ścięła mnie infekcja i wybrałam się do przyszpitalnej przychodni, żeby skorzystać z pomocy lekarza. Jak wynikało z pieczątki na recepcie, dyżurowała akurat lekarz pediatra. Zanim jednak receptę otrzymałam, miałam już takie podejrzenie po naszej rozmowie.

Proszę pokazać gardełko.

Proszę podciągnąć bluzeczkę. O, to sukieneczka!

Wypiszę receptkę i proszę sobie jeszcze kupić wapienko w aptece.

My dorośli, mamy bardzo dużą tendencję do właśnie takiego, zdrobnionego, zwracania się do dzieci. Już od ich pierwszych dni lubimy sobie do nich pokiziać miziać i poseplenić. Jest to zrozumiałe, bo (zdaniem wielu i moim) dzieci są po prostu przesłodkie i wzbudzają w nas bardzo wesołe i ciepłe reakcje. Nie musi to też być szkodliwe, ale od pewnego stopnia już może.

Trudna nauka mowy

Proces nauki mowy jest bardzo złożony i zaczyna się tak naprawdę już od początku życia dziecka (a nawet i wcześniej), kiedy dziecko na wiele sposobów ćwiczy mięśnie twarzy i szczęki, np. kiedy próbuje naśladować mimikę opiekuna lub na nią odpowiadać.

Kiedy już jego aparat mowy jest bardziej gotowy, niemowlę zaczyna gaworzyć i naśladować na swój sposób zasłyszane dźwięki, aby jeszcze lepiej go wyćwiczyć. Aż wreszcie nadchodzi czas, kiedy, mniej lub bardziej świadomie, padają z jego ust pierwsze słowa. Za jakiś czas zamienią się w świadome zwroty, a później w zdania.

Nauka przez naśladownictwo

W każdym z tych etapów, maluch w bardzo dużym stopniu opiera swoją naukę i ćwiczenia na naśladowaniu rodziców. Nic dziwnego, nauka mowy ma mu przecież umożliwić sprawne komunikowanie się z otoczeniem. Dziecko, ucząc się, zawsze naśladuje mowę swojego otoczenia.

Z tego powodu na przykład mali chłopcy często zwracają się do wszystkich w formie męskiej (bo właśnie tak inni zwracają się do niego). Maluch w ogromnym stopniu powieli język, którym posługują się rodzice i opiekunowie, ich nawyki językowe, a nawet sposób mówienia. Jak gąbka wchłonie niestety też błędy.

Nie mówię, że każdy rodzic małego dziecka ma teraz w panice analizować swój język i doszukiwać się w nim ewentualnych błędów. Możemy jednak nie popełniać tych oczywistych, jak np. wyłączne posługiwanie się językiem malucha w rozmowie z nim. Gdzieś między pierwszymi próbami mówienia, a pełną nauką mowy dziecko wykształci sobie bowiem na jakiś czas swój własny język. Będzie on czytelny jedynie dla osób, które przebywają z nim najczęściej i, oczywiście, dla niego samego.

Dziecięcy język

Ten własny język jest potrzebny dziecku, aby w miarę sprawnie komunikować się z otoczeniem, zanim będzie w stanie opanować poprawną mowę. Jego wykształcenie jest oczywiście także ważnym etapem nauki mowy. Co zrozumiałe, rodzice świetnie za nim podążają i w mig potrafią odczytać, co ich potomek ma na myśli, kiedy używa konkretnych sylab lub krótkich słów.

Właśnie od rodziców zależy jednak, na jak długo dziecko przywiąże się do swojego języka sylab i półsłówek. To w końcu ich rola, aby łagodnie wprowadzić je w świat pełnego i poprawnego języka. Dlatego naprawdę warto mówić do swojego malucha poprawnie, ale też oczywiście naturalnie.

Granicę postawiłabym mniej więcej tam, gdzie kończą się poprawne zdrobnienia i popularnie używane pieszczotliwe określenia. To zatem naturalne, że mówimy do dziecka, żeby np. podało nam piłeczkę, ale warto używać tą nazwę zamiennie, np. z małą piłką. Oczywiście wiadomo, że czasem też posłużymy się językiem dziecka w rozmowie z nim.

Ignacy, na przykład, gdy chce powiedzieć, że czegoś nie ma lub coś odjechało, rozkłada ręce i mówi pa pła pła (dokładnie takim tonem, jak my mówimy, że czegoś nie ma). Czasem zdarza mi się powtórzyć ten zwrot, ale zawsze dodaję też jego tłumaczenie na nasz, dorosły język. Mówię więc coś w rodzaju:

Tak, pa pła pła, samochód odjechał.

Absolutnie nie poprawiam, żeby nie zniechęcić go do dalszych prób mówienia, ale pokazuję, jak brzmi taki zwrot.

Dogadajmy się

Inna sprawa ma się z spieszczeniami, takimi jak w moim przykładzie (zialaź i źlobiś). Te wyrażenia się po prostu niepoprawne i nie powinniśmy się nimi posługiwać. Dziecko ma do tego prawo, bo jego aparat mowy jest jeszcze w pewien sposób niedojrzały, a jego nauka mowy cały czas trwa. Nie będzie miało jednak motywacji, aby wykształcić prawidłową formę, jeśli rodzice w rozmowie z nim używają tej niepoprawnej. To trochę tak, jakby zamówić sobie wadę wymowy u dziecka na życzenie.

W tej kwestii jest chyba tylko jeden złoty środek. Owszem, mówmy do naszego dziecka w inny sposób niż do dorosłych. Używajmy prostych zwrotów, wyjaśniajmy słowa. Ale generalnie pamiętajmy, że dziecko to po prostu człowiek i właśnie jak do drugiego człowieka trzeba się do niego zwracać.

A co Ty sądzisz o zdrobnieniach i spieszczeniach? Jak, Twoim zdaniem, warto zwracać się do dziecka? Zostaw komentarz!

Dziękuję za Twoje odwiedziny na mojej stronie! Chcesz być na bieżąco? Polub mój profil na Facebooku lub Instagramie i nie przegap żadnego wpisu!

6 Comments

Add Yours
  1. 3
    Monika (Mama na całego)

    O tak. Zgadzam się z Tobą w zupełności. Bardzo ważne jest mówienie do dziecka prawidłowo. Choć czasem zdarzy mi się powiedzieć coś po dziecięcemu, wiem, że to nie będzie miało na jego przyszłą mowę tak dużego wpływu, jak to, że ktoś mówi do niego: np. a kto tu do nos przylozł? Czyli po śląsku. Albo idziesz na góra? Och. Niepokoi mnie fakt, że moje dziecko mimochodem może nauczyć się tej gwary. Choć to moje osobiste rozterki. Być może inni lubią śląski akcent. Ja nie 🙂

    • 4
      Martyna Filipiak

      Być może dziecko czasem powtórzy zasłyszane wyrażanie, wypowiedziane gwarą. Skoro jednak Wy się w domu takim nie posługujecie zrobi to raczej w formie eksperymentu, z ciekawości. Będzie też pewnie bacznie obserwować Waszą reakcję i tutaj, mimo Twojej niechęci do tego typu mowy, uczulam żeby nie zabraniać i nie przeżywać za mocno takich eksperymentów, żeby nie zniechęcić dziecka do dalszego rozwoju mowy. Ostatecznie, takie formy to przecież nie błąd, tylko element tradycji i kultury :).

  2. 5
    Ola

    Moja koleżanka (dziewczyna z gospodarstwa z małej wsi) mówi do swoich dzieci językiem którego używa i niestety wyniosła to z domu i przekazuje dalej. Teksty typu : pokożta co mota w tych zyszytach i uwożej bo się łopożysz są na pożądku dziennym. Jej dzieci oczywiście mówią typowo wiejską gwarą. To przykre bo w przyszłości będą wyśmiewane.

    • 6
      Martyna Filipiak

      Gwara wiejska to element wiejskiej kultury. Masz jednak rację, że w przyszłości dziecko, które się nią posługuje może mieć trudności w kontaktach z rówieśnikami. Może być wyśmiewane i odczuwać presję, aby nie odstawać w tej kwestii od rówieśników. Dziękuję za Twój komentarz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *